reklama

Aktualności - Bruksela
09 kwietnia 2010 13:57

Polska księgarnia w Brukseli

W Brukseli bez kłopotu nabędziemy nie tylko polską żywność czy wypożyczymy polskie filmy. Kupimy tutaj również polskie książki. Odwiedzamy polską księgarnię na rue d’Angleterre i rozmawiamy o czytelnictwie naszych rodaków w Belgii z Elżbietą Marciniak, właścicielką księgarni.


          - Jak zrodził się pomysł otwarcia w Brukseli polskiej księgarni?
          - Nie bez znaczenia okazał się fakt, że sama bardzo lubię czytać i dlatego też postawiłam na księgarnię. Na początku było wiele wątpliwości, jak zawsze przy rozkręcaniu własnego biznesu. Pytałam znajomych, dzwoniłam do ludzi ze starszej Polonii. Niektórzy sceptycznie podchodzili do mojego pomysłu - mówili, że już była polska księgarnia i nie udało się jej przetrwać. Początki były trudne, bo trzeba było zainwestować sporo własnych środków w remont czy w pierwsze zakupy, ale powoli z miesiąca na miesiąc udawało mi się powiększać zbiory, niekiedy klienci sami podsuwali pewne pomysły, np. wprowadzenie dewocjonaliów, drobiazgów do chrztu, komunii, itp.
            Najtrudniejsze były pierwsze dwa lata, jednak dzięki mężowi, który że tak powiem zechciał utrzymywać przez pewien czas żonę, jakoś się udało. Kokosów z tego nie ma i gdybym miała sama się z tego utrzymać, to byłoby to trudne. Na szczęście od klientów często słyszę zdanie „jak to dobrze, że jest księgarnia” i jest to dla mnie miód na serce.
          - Księgarnia sąsiaduje z budynkiem Szkoły Polskiej. Czy jej księgozbiór to głównie podręczniki i lektury szkolne?
          - Nie, choć stanowią one dużą część oferty. Przypadkiem dowiedziałam się o możliwości wynajęcia lokalu przy Szkole Polskiej i uznałam to za sensowną i korzystną lokalizację.
          - Od kiedy prowadzi pani księgarnię?
          - Od lutego 2004 roku, właśnie minęło sześć lat.
          - Co oferuje polska księgarnia?
          - Najwięcej jest książek dla dzieci. Naprawdę jest spora część polskich dzieci, która faktycznie lubi czytać. Wiele z nich urodziło się już tutaj, w Belgii. Są to często dzieci dwujęzyczne, uczęszczające do szkół belgijskich. W domu rozmawiają po polsku, czytają polskie książki i dlatego myślę, że język polski będzie długo pielęgnowany i szybko nie zaginie. Poza lekturami i podręcznikami mam spory zbiór beletrystyki – książki dla kobiet, historyczne, wojenne, sensacyjne, trochę poezji. Są również podręczniki do nauki języków obcych. Od jakiegoś czasu obserwuję wzrost zainteresowania naszych rodaków językiem flamandzkim, dlatego staram się mieć pomoce do jego nauki.
          Wiele książek zamawiam na życzenie czytelników, ponieważ proszą oni często o mało poszukiwane tytuły, jak np. słownik polsko-rumuński, polsko-grecki, polsko-arabski czy kuchnia turecka.
          - Kto najczęściej przychodzi do księgarni?
          - Dzieci są najliczniejszą grupą czytelników. Kolejną są kobiety. Z roku na rok jest też coraz więcej cudzoziemców chętnych do nauki języka polskiego – nie tylko są to Belgowie, lecz ludzie z różnych zakątków świata. Znam pana z Wybrzeża Kości Słoniowej, który ma rodzinę w Toruniu i od czasu do czasu tam jeździ. Uczy się polskiego, bo chciałby swobodnie rozmawiać. Spotkałam również Estończyka, który świetnie mówił po polsku, praktycznie bez obcego akcentu. We flamandzkiej części Belgii jest obecnie sporo szkółek, które mają w swojej ofercie kurs języka polskiego.
          W Belgii jest dużo małżeństw mieszanych. Polki mają za mężów Belgów, Włochów, którzy chcą się uczyć polskiego, przychodzą więc po podręczniki. Dość często przychodzą Belgowie - emeryci, którzy byli w Polsce, spodobało im się i chcą bardziej poznać nasz kraj i język. Mieszka też tutaj wiele osób, u których jedno z rodziców jest Polakiem, jednak nigdy w domu nie rozmawiano z dzieckiem po polsku. Różne były tego przyczyny, czasem współmałżonek zabraniał używania języka polskiego. Obecnie te dzieci to dorosłe już osoby, mają po 30-40 lat i poczuły chęć do nauki języka polskiego. Poprzez język chcą powrócić do korzeni. Teraz uczą się języka od podstaw. Po ilości zamawianych podręczników do nauki języka polskiego naprawdę obserwuję spore zainteresowanie. Na ten rok szkolny – sądzę, że naliczyłabym blisko 100 osób.
          - Co najchętniej czytają Polacy w Belgii?
          - Kobiety najczęściej wybierają dramaty, romanse, biografie, ale też książki sensacyjne, historyczne oraz literaturę faktu. Popularne są Grochola, Chmielewska. Panowie najczęściej sięgają po książki wojenne i historyczne. Zauważyłam, że to, co w Polsce jest na liście bestsellerów, tutaj się nie sprawdza, np. książki polityczne. Zawsze pewniakiem jest Grochola, Brown czy Coben. Osobiście staram się „wciskać” czytelnikom polskich autorów, bo wielu z nich naprawdę zasługuje na większe zainteresowanie.
          - A kto najrzadziej odwiedza księgarnię?
          - Niestety jest to młodzież, w wieku 16-17 lat, która najczęściej już się urodziła w Belgii. Praktycznie nastolatków nie ma. Wygląda na to, że komputer i gry wygrały z książką.
          - W Brukseli jest kilka polskich bibliotek. Nie obawia się pani, że Polacy wolą wypożyczyć niż kupić?
          - Myślę, że dopóki księgarnie w Polsce będą miały rację bytu, to tutaj też. Sądzę, że większym zagrożeniem mogą być księgarnie internetowe. Osobiście, wciąż jestem za tą formą zakupu, kiedy towar można dotknąć, obejrzeć. Tak się składa, że sama zamawiam książki przez internet, często nawet nie widzę okładki, tylko tytuł. Zauważyłam, że kiedy jestem w Polsce w hurtowni, o wiele więcej kupuję, kiedy widzę towar. Zdarza mi się czasem słyszeć stwierdzenie, że po co wypożyczać czy kupować, jeśli można przeczytać książkę w internecie. Kompletnie to do mnie nie przemawia, bo jest to męczące, a poza tym wątpliwa to przyjemność czytania.
          - A co pani czyta najchętniej?
          - Ubolewam, że nie mam więcej czasu na czytanie, jednak gdy jakaś książka mnie wciągnie, to nie zwracam uwagi na godzinę. Ostatnio zafascynowały mnie książki Jana Grzegorczyka, jest to świetny pisarz, nie wiem dlaczego tak mało reklamowany. Panie, które nim „zaraziłam” z niecierpliwością czekają na najnowszą publikację.
          - Pochodzi pani z Podlasia?
          - Tak, z powiatu bielskiego. Mam taką samą odległość do Siemiatycz, do Ciechanowca i do Bielska Podlaskiego, często mówię, że to taki trójkąt bermudzki. Jednak dogodniej mi zawsze było pojechać autobusem do Siemiatycz na zakupy.
          - Dziękuję za rozmowę

          Iwona Sawicka, tygodnik Głos Siemiatycz, fot. IS

Jedynka "Głosu Siemiatycz"

reklama

reklama

patronat

Do góry strony