Część ul. Ratuszowej w Drohiczynie biegnie wzdłuż skarpy. W tym roku, podczas modernizacji ulicy skarpę naruszono, a właścicielka boi się, że może dojść do katastrofy budowlanej – na skarpie stoi jej dom. Oczekuje, że w zamian za przekazanie 30 lat temu części skarpy pod drogę gmina zabezpieczy skarpę przed dalszym niszczeniem.

Pani Danuta Lubańska-Winter z Drohiczyna czuje się pokrzywdzona przez władze Drohiczyna:
- Granica mojej działki przebiega w skarpie. W latach osiemdziesiątych, kiedy jeszcze mój tatuś był właścicielem działki, oddał kawałek ziemi ze skarpy pod ulicę Ratuszową, nieodpłatnie. Gmina użytkowała kawałek mojej działki. Teraz znów zniszczyli skarpę, bo kładli kanalizację, wyciągali stare krawężniki, kostkę układają. I niestety nikt nie myśli o tym, by skarpę naprawić. A za poprzedniej rady, kiedy apelowałam o naprawienie skarpy, miałam obietnicę, że przy kładzeniu tej kanalizacji wszystko naprawią. Pod koniec maja ubiegłego roku dostałam pismo od ówczesnego przewodniczącego rady, pana Jana Żerunia, w którym pisał: „(...) że w dniu 31.05.2010 po rozmowie z Burmistrzem Drohiczyna ustaliłem, że na ulicy Ratuszowej będzie wykonywana kanalizacja deszczowo-sanitarna i po wykonaniu tych prac możliwe będzie wykonanie prac zabezpieczających skarpę, której Pani jest właścicielem”. Skarpa cały czas się obsuwa, niszczeje. Grozi katastrofą budowlaną, jeszcze teraz, po mokrym lecie, wszystko zsuwa się na nowo położoną kostkę. Widzieliśmy co działo się w górach, czy teraz w Płocku. Burmistrz jednak umywa ręce, bo mówi, że nie ma pieniędzy. A obecny przewodniczący rady w arogancki sposób zarzuca mi, że chcę wyłudzić pieniądze od miasta na naprawę skarpy, która jest moją własnością.
Pani Danuta mówi też o tym, że sprawa nie jest „nowa”, już za czasów śp. burmistrza Andrzeja Bujno, jej ojciec i ona próbowali dochodzić sprawiedliwości. Pokazuje pisma, z sierpnia 1981 r., gdzie jest mowa o „załatwieniu sprawy odszkodowania w październiku”. W styczniu 1997 r. dostała informację, że „prace zostaną przeprowadzone wiosną”. Sama, na ile mogła zabezpieczała skarpę:
- Pamiętam jak z ojcem kamienie nosiliśmy czy zalewaliśmy betonem skarpę. Teraz zniszczono nawet i to zabezpieczenie. Nie wymagam muru na kilka metrów do góry, bo już i takie historie słyszałam na mieście, że wymuszam na urzędzie mur. Nieprawda. Kiedyś, kiedy dyrektorem ZGK był pan Żoch, proponował kamienny murek pięćdziesięciocentymetrowy. To miało ograniczyć zsuwanie się skarpy. Odmówiłam, bo nie chodzi o wydanie pieniędzy, tylko o prawdziwe zabezpieczenie. A wiem, że można to zrobić, przecież są odpowiednie kratki betonowe czy siatki, którymi zabezpiecza się nowe drogi, czy stoki w górach, by kamienie nie spadały. I też nie mam na myśli takiego muru jak na przykład zrobił pan Kiszko. Zresztą sąsiad robił to na swojej działce, sam decydował.
Skarpa rzeczywiście nie wygląda najlepiej. Szczególnie na zakręcie przy ul. Ratuszowej. Krzaki i drzewa, których korzenie umacniają skarpę praktycznie wiszą w powietrzu. Woda wypłukała glinę spod korzeni. Część drzew uschła, inne rosną mocno pochylając się nad drogą i też nadają się do wycięcia.
- Kilka już wycięłam, na własny koszt, a też nie jest to prosta praca, bo uliczka jest wąska, trzeba uważać na sąsiednie posesje. Teraz boję się, że przy silniejszym wietrze drzewa które zostały, nie mając odpowiedniego zamocowania w gruncie, po prostu upadną. Z drugiej strony te krzaki i korzenie „trzymają” skarpę, by nie popłynęła.
Skarpa jest stroma, w newralgicznym miejscu praktycznie pionowa. Niecałe trzy metry od krawędzi skarpy (która w tym miejscu może mieć i dwadzieścia metrów wysokości) stoi murowany dom, postawiony 6 lat temu. Pojawia się pytanie kto wydał pozwolenie na budowę takiego domu w takim miejscu, ale to już odrębna historia.
Kwestię własności skarpy czy sąsiadującej drogi wyjaśnia Marek Kosiński, inspektor ds. gospodarki gruntami w urzędzie miejskim w Drohiczynie:
- W 2001 r. aktem notarialnym uregulowaliśmy kwestie prawne związane ze skarpą i drogą. Wyliczyliśmy stawkę za zajęty grunt i pani Danuta, wspólnie z ówczesnym współwłaścicielem działki, otrzymała 400 zł zapłaty za zajęty kawałek skarpy. Zgodziła się na to, było to nasze wspólne ustalenie. Teraz nie wiem do końca jak ta granica przebiegała i czy pokrywa się z obecną granicą.
- Zgodziłam się – mówi pani Danuta, - bo miałam obietnicę od burmistrza Borzyma, że w ramach odszkodowania zabezpieczy skarpę. Nie złożyłam wniosku na dziennik, bo traktowałam poważnie słowa burmistrza. Teraz żałuję, bo przynajmniej miałabym jakiś papier. Rozumiem to, że nie ma pieniędzy na całkowite zabezpieczenie całej skarpy, ale gdyby chociaż po kawałku każdego roku zabezpieczano skarpę, to już dawno przez tych 30 lat byłoby po kłopocie.
Marek Kosiński przyznaje, że skarpa nie wygląda najlepiej:
- Ale tak jak powiedziałem, skarpa nie jest naszą własnością. Owszem, widać, że w czasie prac ponownie naruszono jej brzeg, nowe krawężniki położone są w odstępie od skarpy – kwestia czy to jeszcze na naszej części skarpy, czy na części pani Lubańskiej-Winter. Konieczne jest jej zabezpieczenie. Ale jest to poważna inwestycja i to, co pani podnosi, że interpeluje u burmistrza, nie do końca jest właściwe – sam burmistrz nie może podjąć takiej decyzji, nie może sam decydować o gminnych funduszach.
Czas na dyskusję z radnymi jest odpowiedni, bo akurat tworzony jest przyszłoroczny budżet gminy Drohiczyn. A jednym z radnych jest Janusz Żeruń, który „obiecywał” naprawę skarpy.
Burmistrz Wojciech Borzym potwierdza:
- Skarpa jest własnością tej pani i nie możemy wydawać gminnych pieniędzy na naprawę czyjejś własności. Wiem, że inni mieszkańcy sami zabezpieczali swoje części skarpy. Była radna, pani Poniatowska nawet miała nieprzyjemności z tego tytułu, bo jej wypominano, że z gminnych pieniędzy to zrobiła. Każdy z mieszkańców, co też i podkreśla pani Lubańska, zabezpieczał swoje skarpy we własnym zakresie. Na dziś nie mam pieniędzy na umocnienie skarpy, co będzie jutro - nie wiem. Ale potrzeba na to 20-30 tys. zł. I z drugiej strony – co powiedzą inni mieszkańcy ul. Ratuszowej, Szmidta czy każdej innej w Drohiczynie czy gminie, którzy sami sobie robią ogrodzenia. Przedyskutujemy sprawę na komisjach, zobaczymy.
Może warto zastanowić się nad jakąś partycypacją w kosztach? Pani Danuta nie wyklucza współpracy:
- Jednak na razie nie widzę, by gmina interesowała się współpracą. Traktowana jestem jak intruz, oskarżana o chęć wyłudzenia pieniędzy od miasta. A proszę powiedzieć dlaczego mam co wiosnę zastanawiać się co zastanę po przyjeździe do Drohiczyna? Dlaczego mam ponosić konsekwencje tego, że ktoś uszkodził moją własność?
Anna Kondraciuk, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot. AK









